Kolejny temat rzeka, a przy tym głowne źródło zaskoczeń i zgryzot przyjeżdżającego do Niemiec imigranta (w tym i piszącego te słowa).
Po pierwsze, niemieckie państwo stara się wcielać w życie zasadę „mieszkanie prawem nie towarem”, ale nie w takiej formie, z jakiej szydzą twitterowe smieszki. Nie chodzi o to, że każdy ma dostać mieszkanie za darmo, tylko, że dach nad głową jest podstawowym prawem człowieka i państwo stara się je chronić a nie zostawić niewidzialnej ręce rynku (i kaprysom landlordów). Wychodzi to czasem lepiej, czasem gorzej, jak to w życiu, ale przynajmniej próbują. Bardzo mocno chronione są na przykład prawa najemców; nie można sobie ot tak wyrzucić lokatora z mieszkania. Czynsz jest przeważnie określony w umowie na wiele lat naprzód (ja miałem na 9 lat!), inne opłaty czy prawa lokatora drobiazgowo uregulowane. W konsekwencji ludzie czują się bezpiecznie w wynajmowanych mieszkaniach i żyją w nich przez długie lata.
Ma to oczywiście drugą, mniej przyjemną stronę. Skoro właściciel nie bardzo może pozbyć się lokatora, to przed zawarciem umowy drobiazgowo go sprawdza i urządza „konkurs piękności”. Standardowy zestaw dokumentów, który zwykle trzeba dostarczyć przy takie okazji, to wyciąg z konta, zaświadczenie z biura informacji kredytowej, kopia umowy o pracę czy referencje od właściciela poprzednio wynajmowanego mieszkania. Prawie jak przy wniosku o hipotekę.
Mieszkań na rynku jest niewiele, a chętnych dużo, więc konkurs piękności przybiera dość kuriozalne formy; w miastach gdzie wysokość czynszu jest odgórnie ograniczona (np w Berlinie) ogonki oglądających potrafią wić się na ulicy przed budynkiem.
Skoro mieszkanie wynajmuje się na lata, to standardowo nie ma w nim żadnych mebli (co jeszcze jest ok), a bardzo często również kuchni (!!!). Najemca ma sobie kuchnię zaprojektować i wybudować sam (albo przenieść z poprzedniego mieszkania), i co ciekawe, wielu Niemców uważa, że tak jest lepiej, bo kuchnia to rzecz osobista i wolą mieć swoją. Wielu z kolei nie, i dlatego czasami zdarza się opcja odkupienia całej kuchni od poprzednich najemców, co oszczędza im kłopotu z rozmontowaniem i usunięciem zabudowy.
Jest też całkiem normalne, że właściciel mieszkania określa maksymalną liczbę osób, jaka może mieszkać w danym lokalu, zwykle podchodząc do tego konserwatywnie – w znanym mi przypadku czteropokojowe mieszkanie o powierzchni 120 metrów zostało określone jako za małe, żeby mieszkała tam czteroosobowa rodzina (bo jeden z pokojów był, zdaniem landlorda, za mały na sypialnie dla drugiego dziecka). Obowiązek meldunkowy nie jest tu, tak jak w Polsce, fikcją, a do zameldowania się potrzebna jest pisemna zgoda właściciela, więc faktycznie tę liczbę osób w mieszkaniu można kontrolować.
A, no i oczywiście można sobie też mieszkanie kupić. Pomijam kwestię ceny, które w miastach są poza zasięgiem nawet dobrze zarabiających osób, ale na dobrze skomunikowanych przedmieściach da się kupić mieszkanie, a czasami i dom. Przy obecnych stopach procentowych nie ma to jednak sensu, rata kredytu wychodzi tak z 60-80% drożej niż czynsz za wynajem, a stopy są zwykle stałe przez przynajmniej 10 lat kredytu. Ale gdyby już ktoś zdecydował się kupować, to w banku znowu zetknie się z zasadą „mieszkanie prawem, nie towarem” – banki zupełnie inaczej traktują kredyt na mieszkanie do własnego użytku a inaczej na lokal na wynajem.
Brak komentarzy. Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!
Dodaj komentarz